„Cześć, cześć, czołem – spytacie – skąd się wziąłem?”

Na wstępie, zdając sobie sprawę z licznych ułomności moich tekstów, składam wielkie dzięki za umożliwienie mi publikacji na tak zacnych łamach.
Z gnoma nie będzie męża stanu, z bigota – przywódcy, z sołtysa – premiera, a ze starego grafomana – artysty. Nieskromnie usadowiłem się w jednym zdaniu z „Umiłowanymi” i jest mi głupio i wstydzę się – mojej bezczelności oczywiście.
Mimo wstydu  piszę. Piszę, bo nie mogę pojąć czemu tak wielu moich krewnych i znajomych, mądrych i dobrych ludzi nie dostrzega, lub nie chce dostrzec ogromu zagrożeń, tysięcy znaków nadchodzącej katastrofy. Zajęci własnymi sprawami idą jak stado baranów na rzeź. Pobekując przy tym żałośnie, dla lepszego samopoczucia i czystości sumienia chyba, że nie ma się czym przejmować, że jakoś się ułoży, że dobrze będzie.
I tak wołam na puszczy, jak umiem, za cicho i niezdarnie. I będę tak darł się, aż mnie usłyszą (może) i do usranej śmierci – jak będzie potrzeba.

Adam Czejgis.

czwartek, 9 czerwca 2016

%d bloggers like this: