Liberum veto? To się źle kończy

 

Jest takie powiedzenie, że gdzie dwóch Polaków, tam trzy różne zdania. Mamy w sobie ten przeklęty talent, by kłócić się ze wszystkimi, a nawet z samym sobą. Ta natura buńczuczna wiele razy w przeszłości naszej narodowej doprowadziła do nieszczęść i krwawych klęsk.

Lubimy się chwalić naszą historią, wybierając z niej jak rodzynki z ciasta te wszystkie przegrane powstania i bitwy, te utraty suwerenności, które pozbawiały nas elit, granic, życia. Z wydajną pomocą poetów i pisarzy zastąpiliśmy prawdziwe dzieje legendami o naszym męstwie i podłych wrogach, z którymi trzeba walczyć zawsze i wszędzie. Wróg oczywiście zawsze jest obcy, a my – naród dumny i niezłomny. Rzekomo miało to wskrzeszać i umacniać nasze pokryte wieczną żałobą serca.

Kiedy jednak odważnie odrzucimy całą tę mitologię, to przyjdzie nam się zmierzyć z okrutną prawdą – to my sami jesteśmy największym polskim zagrożeniem. Zanim oburzysz się, czytelniku, to przeanalizujmy na przykład liberum veto, z którego Polacy byli tak dumni przez wieki. Otóż w czasach Rzeczpospolitej Obojga Narodów wymyślono, że ma obowiązywać zasada jednomyślności. Bo – pomyśleli pomysłodawcy – nawet gdyby w Sejmie wszyscy okazali się przekupni, to przecież niemożliwe, żeby nie znalazł się choć jeden uczciwy i sprawiedliwy. I taki to szlachetny szlachcic zakrzyknie w krytycznym momencie: Nie pozwalam! Liberum veto!” – i sam jeden uratuje ojczyznę przed błędem.

Niestety, ta piękna na pozór idea nie wytrzymała konfrontacji z rzeczywistością. Posłowie co jakiś czas zaczęli wykrzykiwać owo „Liberum veto!” i zrywali obrady sejmu, w istocie paraliżując jego prace. W końcu z tej zasady trzeba było definitywnie zrezygnować, bo nie dało się już normalnie funkcjonować. Ostatecznie liberum veto zniosła Konstytucja 3 Maja i wprowadziła zasadę, że decyduje większość.

Historia magistra vitae est – mówi stara łacińska maksyma. Historia jest nauczycielką życia… Niestety, my z historii niewiele czerpiemy nauki. Lekcji na pewno nie odrobił polski rząd, który dostaje piany, że w Brukseli nikt jego zawołania „Liberum veto!” nie wziął pod uwagę. Pomińmy już osobę Donalda Tuska, który głosowanie na szefa Rady Europejskiej wygrał w cuglach, zdobywając 27 głosów – czyli wszystkie prócz tego od własnego państwa. Dajmy sobie nawet spokój z absurdalnymi próbami pozbawienia go prawa do bycia Polakiem z tego powodu. Chodzi o to przeklęte liberum veto, które razem ze swarami i patrzeniem przez różne frakcje nie dalej niż czubek własnego nosa doprowadziło nas w przeszłości do utraty państwowości na 123 lata. Ileż kosztowało cały naród przywrócenie nam wolności, ile było wielkich tragedii narodowych do czasu, aż Polska stała się także Europą zakreśloną przez granice UE. I kiedy się już w Unii znaleźliśmy, kiedy świat stanął przed nami otworem, a my przestaliśmy być dla świata niechcianymi gośćmi zza żelaznej kurtyny, w premier Beacie Szydło i jej protektorze prezesie odżyły sentymenty do Rzeczpospolitej Szlacheckiej. Liberum veto! Co tam miażdżąca przewaga zwolenników ponownego wyboru Tuska, co tam zasada większościowa – LIBERUM VETO!

Upór obozu władzy, która nieudolnie i żałośnie własną porażkę nazywa sukcesem, jest bardzo niebezpieczny. Unia się z nas śmieje – to boli. Ale gorzej, że Unia nie chce nieracjonalnych awanturników, pani Szydło już usłyszała dosadnie, w czyich rękach są fundusze strukturalne, bez których Polska nie da rady się cywilizować w tempie, którego wszyscy oczekujemy. Unia mówi – potrzeba Europy dwóch prędkości. My, traktowani jako hamulcowy, zostaniemy zepchnięci do narożnika. Co nam zostanie? Podobno duma narodowa. Ale z czego mamy być dumni, z własnej głupoty?

Może więc nie warto siedzieć cicho we własnych czterech ścianach i czekać, „jak się to wszystko skończy”. To jest moja sprawa. I twoja. Twoja też. Protestujmy, bądźmy na marszach, bo przecież Polska to my. I mam głęboką wiarę, że nas, tych, którzy nie chcą żadnego liberum veto – jest więcej. Większość niech decyduje!

Autor: AS

Rycina : Sesja sejmowa na Zamku królewskim w Warszawie w roku 1622

%d bloggers like this: